Badajmy się!

15 maja 2012

Całkiem niedawno moja synowa poprosiła mnie, żebym towarzyszyła jej na rutynowych badaniach u ginekologa. Razem zawsze raźniej, a przy okazji zadbała, żebym i ja się przebadała.

Muszę się przyznać, mimo że staram się dbać o zdrowie i robić badania, o cytologii zapomniałam już od dobrych dwóch-trzech lat! Nie jestem z siebie dumna, ale im dalej od ostatniego badania, tym czas szybciej upływał. Nim się człowiek zorientował, mijał kolejny rok!

Teraz dużo się czyta i słyszy o konieczności regularnych badań, zwłaszcza po pięćdziesiątce. Pół roku temu byłam na bezpłatnym badaniu mammograficznym – na szczęście wynik był bardzo dobry. Podobno bardzo mało kobiet korzysta z takich akcji profilaktycznych i nawet nie wykorzystują imiennych zaproszeń, które dostają do domu. Ja zapisałam się na mammografię, jak tylko przeczytałam ogłoszenie, a w poczekalni było sporo chętnych pacjentek. To dobry znak!

Wczoraj byłyśmy odebrać wyniki cytologii. Przyznam, że trochę się bałam. Niby wszystko w porządku, nie czuję się źle i nic mi nie dolega, nie mam żadnych poważnych objawów i dolegliwości… a jednak czekając w korytarzu na swoją kolej, denerwowałam się. Bo jeśli wyniki coś wskażą? Jeśli coś pójdzie nie tak, a ja zwlekałam trzy lata ze zrobieniem badania, które mi się należy? Chyba nigdy bym sobie nie wybaczyła takiej głupoty. Miałam też chwile zwątpienia. Bo może lepiej nie wiedzieć, żyć w nieświadomości? Może niepotrzebnie robiłam to badanie?

Na szczęście okazało się, że wszystko jest w normie. Nic mi tym razem nie grozi. U mojej synowej też w porządku. Pomyślałam sobie, że mimo wszystko, gdyby jednak wyniki były złe, chciałabym wiedzieć. To bardzo ważne, mieć świadomość własnego organizmu i tego, co w nim się dzieje. Czasami nie mamy na to wpływu, ale zawsze możemy podjąć walkę.

Warto się badać!

Czytelniczka

Intymne problemy – apel

11 maja 2012

Ostatnio w któryś wiadomościach pokazano badanie, w którym dorośli ludzie wstydzili sie odpowiedziec na pytanie czy w ich współżyciu nie ma problemu. Kobiety nawet nie wiedzą ze suchość pochwy w pewnym wieku po prostu moze sie zdarzyc. To zatrwazajace, dlatego zachecam was do dyskusji

http://www.menopauza.pl/zdrowie_intymne_1/intymnosc_bez_wstydu.html

Warto tez wziac udzial w sondzie, bo im wiecej glosow tym wiecej bedzie sie o tym pisalo na portalu.

Informacje dodatkowe i o konkursach znajdziecie jak klikniecie tam w baner FEMINUM.

To naprawde nie jest reklama tylko apel do was. Jak mamy pokazac naszym dzieciom ze po tylu latach mozna sie wciaz kochac i uniknac rozwodow jesli sami to robimy bo nie umiemy przyznac sie do intymnego problemu zdrowotnego. Moje malzenstwo sie przez to rozpadło, nie powtórzcie mojego błędu!

L.K.

O kobietach walczących słowem

26 kwietnia 2012

Kobiety ciągle o coś muszą walczyć, coś udowadniać, z czymś się mierzyć. Ja też, jak wiele kobiet
z naszego pokolenia, musiałam toczyć boje, a rzeczywistość mało którą z nas rozpieszczała. Życia
nie ułatwiał mi fakt, że dość wcześnie straciłam męża. Ciągle o coś i z kimś musiałam się wykłócać,
udowadniać, że daję radę. Czy tylko dlatego, że byłam kobietą? A może dlatego, że byłam kobietą i
samotną matką?

Nigdy nie utożsamiałam się z feministkami i nigdy też nie nazwałam się tym mianem. Podziwiam
kobiety, które wywalczyły dla nas prawo głosu, prawo do własnej opinii i do wolności. Dzisiaj wciąż
pozostało dużo do zrobienia, choć uważam, że na polu zrównania kobiet z mężczyznami zrobiono już
dość. A może zmiany idą nie w tym kierunku, co potrzeba. Albo ja jestem po prostu „starej daty” i
widzę rzeczy trochę inaczej, niż młodsze kobiety?

Rozumiem walkę z nierównością, niesprawiedliwością, seksizmem, gwałtami, przemocą domową,
alkoholizmem, szerzenie świadomości prozdrowotnej wśród kobiet. To wszystko jest ważne,
potrzebne i podpisuję się pod tym. Ale nie rozumiem walki z językiem, która staje się coraz bardziej
natarczywa. W większości wypadków po prostu ogarnia mnie śmiech, kiedy słyszę w telewizji
te językowe, feministyczne łamańce. Jednak kiedy niedawno przeczytałam artykuł, całkiem serio
traktujący o propozycjach zmian w nazewnictwie, aż poczułam ciarki na plecach. W efekcie napisałam
krótki wierszyk. Mam nadzieję, że on najlepiej odda moje odczucia i przemyślenia.

Marzenie małej feministki

ministrą chcę być
lub premierką
pedagożką
i singielką

a potem zostanę
profesoressą
bo to tak brzmi
dumnie

nie wystarczy mi już
być po prostu kobietą

Baśka Spod Anioła

Świadomość określa byt

22 marca 2012

Muszę się przyznać, że mam już piątkę z przodu (jeśli chodzi o wiek) ale nie zamierzam spocząć na laurach. Uważam, że nie zasłużyłam sobie jeszcze na odpoczynek, ciepłe kapcie i cały dzień z serialami. Jakiś czas temu wymyśliłam sobie studia – długo to za mną chodziło i nie była to decyzja łatwa, bo wiązała się też z kosztami. Ale kiedy mój synek powiedział mi: „Mama, zrób sobie lepiej jakiś kurs, skoro w domu ci się nudzi, mniej pieniędzy wydasz” (w sensie wyrzucisz w błoto!), coś się we mnie obruszyło i pękło.

To moje życie i chcę czerpać z niego jak najwięcej! Nigdy nie miałam czasu na realizowanie swoich ambicji i marzeń. A teraz nie mam zamiaru tak po prostu się zestarzeć bez walki.

„Stuknął mi” już drugi rok studiów (zaocznych rzecz jasna). Mimo, że jestem najstarsza w grupie, nie jestem sama: mamy też dwóch czterdziestoparolatków i parę osób po trzydziestce. Dwudziestolatkowie nadal przeważają, ale przynajmniej nie jestem jedyną, dojrzałą osobą na sali.

I szczerze mówiąc, pójście na studia, to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam. To zupełnie nowe doświadczenie, nowe środowisko. Młodzi ludzie dodają ogromnej energii i motywacji do działania! Że niby ja sobie nie dam z czymś rady, a małolaty potrafią? Nie ma mowy! Kiedy widzę nastawienie moich koleżanek, to chwyta mnie złość. Mówią, że w tym wieku to nie wyobrażają sobie powrotu do szkoły, do nauki, że wiedza to już nie wchodzi do głowy, że po co to komu. A ja im wtedy mówię: świadomość określa byt! Im więcej wiemy, im bardziej jesteśmy świadomi siebie i świata, im szersze mamy zainteresowania, tym większy mamy wpływ na to, kim jesteśmy.

Nieważne ile masz lat, co w życiu robisz – rozwijaj się! Dla osoby, która chce się w dzisiejszych czasach kształcić, nie ma rzeczy niemożliwych. Szukaj nowych pasji, poznawaj nowych ludzi, wyjdź z domu. Najlepiej zacząć od razu, bo „później” może być już po prostu za późno.

Baśka spod Anioła

Mobilna Mamuśka

8 lutego 2012

Kawiarnia „Pod Aniołem” w centrum miasta. Moja ulubiona. Tutaj nigdy nie jest pusto, zawsze coś się dzieje. Przychodzą młodzi i starzy, dyskutują, plotkują albo tylko patrzą sobie głęboko w oczy. Lubię tu przychodzić – nawet sama. Dziś wzbudzam zainteresowanie moim laptopem. Stara kobieta stuka w klawiaturę, każdy kto wchodzi, zerka od razu na mnie. Może specjalnie zajęłam miejsce blisko wejścia, żeby obserwować reakcje ludzi? Zamówiłam moją kawę (miód, cynamon, spienione mleko), a potem wyjęłam z torebki nowiutkie „maleństwo” i poprosiłam o hasło do sieci internetowej. Od dawna o tym marzyłam!

Nie wiem dlaczego Mocno Dojrzała Kobieta z laptopem w kawiarni wzbudza takie zaciekawienie. Czy nowoczesne media są zarezerwowane tylko dla młodych i pięknych? Ja się wcale stara nie czuję! Potrafię laptop włączyć, obsłużyć, nie kasuję przez przypadek połowy zawartości dysku i wiem, że gdy odłączy się monitor od komputera, to pliki z pulpitu nie znikają (to a’ propos takiej anegdotki: pewien informatyk wymieniał w pewnym urzędzie monitory na nowsze; kiedy kończy podpinać kable w jednym pokoju, wpada zrozpaczona urzędniczka i krzyczy: „Co pan robi! Ja na tamtym pulpicie miałam ważne dokumenty!!!” ;-)

Nie wiem skąd u mnie takie zainteresowanie „nowoczesnością”. Podejrzewam, że to musi siedzieć gdzieś w genach, bo mój ojciec zajmował się elektroniką, a mój syn jest informatykiem (programistą). Stuknęła mi pięćdziesiątka, a zamiast siedzieć przed telewizorem zapatrzona w „M jak miłość” wolę włączyć komputer, edytor tekstowy i coś popisać, albo przeglądać strony. Komputer mam od dawna, ale laptop to było moje marzenie – malutki, lekki, przenośny, po prostu jest z tobą wszędzie! Próbowałam uzbierać pieniądze na coś ekstra, ale nie udawało się, aż tu w te święta naprawdę ogromna niespodzianka – znajduję pod choinką to maleństwo! Prezent od syna i synowej. Jeśli mam być szczera, to nic nigdy nie było dla mnie większym prezentem. Synek nazywa mnie od tamtej pory „Mobilna Mamuśka” :-)

Jest na świecie więcej takich Mobilnych Mamusiek?


Baśka spod Anioła

Wymarzone wnuki Reni

3 stycznia 2012

Kochane!

Długo zastanawiałam się czy do Was napisać. W końcu zdecydowałam się na formę listu. Kiedyś dużo korespondowałam z przyjaciółkami, które porozjeżdżały się po kraju. Potem listy, jak i przyjaźnie się urwały. Od czasu do czasu wysyłamy sobie tylko kartki na święta, choć od kiedy jest nasza-klasa coraz rzadziej się to praktykuje. Pomyślałam, że Wy możecie zostać moimi „korespondencyjnymi przyjaciółkami”, chociaż się nie znamy. Mnie wystarczy, że będę mogła się wygadać i być może ktoś to przeczyta.

Dlaczego zdecydowałam się do Was napisać? Choć to może zabrzmi dziwnie, najtrafniejszym określeniem będzie słowo „samotność”. Czytając różne artykuły na temat przekwitania i dolegliwości „pań w naszym wieku” zastanawiałam się czy to nie depresja, albo inne schorzenie, ale samotność pasuje mi tu najbardziej. Choć mam męża, udane, dorosłe już dzieci, kilkoro znajomych, po prostu nie mam się przed kim wygadać, otworzyć, opowiedzieć o sobie. Jeśli tego nie zrobię, to chyba pęknę!

Nowy Rok. Sylwester spędziłam przed telewizorem z mężem „władcą pilota”. Kolejny taki sam wieczór, jak każdy inny, tylko kolacja bardziej wystawna i obowiązkowy szampan o północy. Co my właściwie świętujemy? – tak sobie myślałam, kiedy mój małżonek udawał, że celuje korkiem w kryształy na segmencie (ślubny prezent od mojej matki, od lat obiekt docinków i żartów). Za każdym razem myśli, że na mnie to działa, a mnie po prostu irytuje jego głupie zachowanie, nie sama wizja potłuczenia „ukochanych kryształów mamusi”.

Gdybyśmy chociaż mieli wnuki, wszystko wyglądałoby inaczej! Myśl o wnukach prześladuje mnie od dłuższego czasu, jako lekarstwo na moją samotność. Dzieci podrzuciłyby mi swoje pociechy w tą sylwestrową noc, a ja nie musiałabym siedzieć przed tym durnym telewizorem. Zostawialiby je kiedy tylko zechcą i na jak długo zechcą, przecież i tak siedzę cały dzień w domu. Łapię się na tym, że wyobrażam sobie jak to będzie, dosłownie jakbym czekała na własne! Niestety, moje dzieci są do bólu tendencyjne – najpierw praca, urządzanie gniazdka i zabezpieczenie finansowe, potem potomstwo. A czy my byśmy nie pomogli finansowo? Wszyscy by pomogli! Chociaż moje dzieciaki nie trafiły najgorzej (mam całkiem dobrą synową i nie najgorszego zięcia) to czasem naprawdę bardzo żałuję, że wychowałam ich tak odpowiedzialnie, że nie zaliczyli żadnej wpadki. A potem dociera do mnie, że ciągle myślę o sobie, nie o nich, więc czemu sama nie zaliczyłam żadnej wpadki, kiedy dzieci „wyfrunęły już z gniazda”?

Nadszedł Nowy Rok. Odważyłam się napisać do Was, bez względu na to, jak mnie ocenicie. Wierzę, że tym razem będzie to naprawdę przełomowy i dobry rok. W końcu nie jestem sama, prawda?

Z pozdrowieniami, Wasza Renia!

By uniknąć świątecznego obżarstwa…

21 grudnia 2011

Święta Bożego Narodzenia to czas, kiedy popuszczamy pasa, pozwalając sobie trochę poucztować. Dopóki trzymamy się słowa „trochę”, nic nam nie grozi. Coraz częściej jednak Polacy przesadzają z obżarstwem w wieczór wigilijny, dorabiając się dolegliwości układu pokarmowego na cały przyszły rok. Jak tego uniknąć?

Wigilia to w większości polskich domów piękny czas, kiedy rodzina gromadzi się przy jednym stole, kiedy wreszcie nic i nikt nas nie pogania oraz nie odciąga uwagi od najbliższych. W tradycji tego wieczoru zawartych jest dwanaście potraw, co niektórzy błędnie interpretują jako konieczność spożycia dwunastu pełnych posiłków. To wielki błąd! Owszem, warto spróbować wszystkiego, co zostało przyszykowane na tę uroczystą kolację, ale w odpowiedniej ilości, kolejności i czasie.

Przeczytaj kilka porad,co Ty i Twoi bliscy powinniście zrobić, by Boże Narodzenie było czasem świątecznym nie tylko dla ducha, ale też dla ciała:

* Przed kolacją wigilijną dobrze jest zjeść garść orzechów – jeśli zjemy je pół godziny przed właściwym jedzeniem, poczujemy sytość i nie rzucimy się na świąteczne potrawy, jak to bywa po całodniowym poszczeniu. Dodatkowo nasze soki trawienne zostaną już pobudzone, wobec czego żołądek będzie lepiej przygotowany na kolejne porcje jedzenia.

* Po każdej spróbowanej potrawie, rób sobie półgodzinną przerwę. Daj układowi trawiennemu możliwość “nadążenia” za wszystkimi smakołykami, które masz jeszcze w planach.

* W przerwie między posiłkami wypij szklankę wody z cytryną, która przyspieszy trawienie tłuszczy.

* Tradycyjne potrawy wigilijne generalnie ubogie są w błonnik, dlatego jeśli masz skłonności do zaparć, sięgnij jeszcze przed kolacją po siemię lniane, nasiona kozieradki lub babki płesznika. Wszystkie one zawierają substancje śluzowe, które ułatwiają przemieszczanie się pokarmu w jelitach, działając przy tym osłonowo na ścianki.

* Zrezygnuj lub ogranicz alkohol np. do 1-2 kieliszków dobrego wina. Pamiętaj, że alkohole tylko pobudzają apetyt i dostarczają organizmowi jedynie pustych kalorii.

* Nie przesadzaj z łakociami, to one zwykle są główną przyczyną tego, że przybieramy na wadze po świętach. A jeśli już masz ochotę na coś słodkiego, sięgnij po tradycyjne potrawy z makiem i bakaliami, jak makówka czy kutia. Mimo iż są kaloryczne, mają sporo cynku, błonnika i magnezu.

* Nie zapominaj o ziołach! Powinny być w każdej potrawie, jeśli tylko do niej pasują, gdyż nie tylko nadają wyrazistości smaku, ale też przyspieszają procesy trawienne. Warto w przerwie lub na sam koniec uczty zaparzyć dla wszystkich herbatę z rumianku, dziurawca lub mięty. Zioła te przyspieszą trawienie tłuszczów i usprawnią wydzielanie żółci.

A.Z.

Z pamiętnika podróżnika

30 listopada 2011

Dzwoni telefon…w słuchawce brzmi głos Kazbera.: „Żółty, wybierzesz się z nami na trening przed Paryżem-Dakar na Saharę? Jedziemy za cztery dni.”

Pojechałem, a tak naprawdę przeleciałem się z Martyną i Darkiem do Tunezji, gdzie czekał na nas na wyspie Dżerbie Kazber (pilot Martyny w Paryż-Dakar) z Pająkiem (kumpel Kazbera – uczestnik Malboro Adwenture Team) wraz z Toyota Land Cruiser – wersja Paryż-Dakar, którą nazywaliśmy Smokiem.
Po wylądowaniu w Tunisie udaje nam się wynająć Terrano II.

Dojeżdżamy Nissanem na Dżerbę, tam hotel-nocleg i wyjazd – kierunek Sahara poprzez tunezyjskie góry. Wieczorem jesteśmy w Doos. Krótkie błądzenie po okolicy w poszukiwaniu jakiejś noclegowni. Znajdujemy trzygwiazdkowy hotel z basenem – za jego murem zaczynają się piaski Sahary i nasza przygoda.

Szczęście nam sprzyja – dzieląc się na dwie ekipy udaje nam się złapać przewodnika, jakim jest mistrz Tunezji rajdów terenowych (chwała ci Allachu!)

Mamy już przejechaną trasę po Saharze i przygotowaną na próbę dla Martyny.

Następny dzień wyjazd dwoma autami na sprawdzian sił. Martyna, Kazber tną pustynią, a my próbujemy nadążyć jedynym szlakiem, jakim można przejechać przez pustynię. O dziwo okazuje się, że Toyota i Terrano są tak samo terenowe, jak składak Sokół jest podobny do „górala” za 5.000 zł.

Trasa kończy nam się po przejechaniu ponad 100 km piasku i pustkowia w oazie Ksar Ghilane. Tu spotyka nas szok (i to nie termiczny ani fatamorgana) – do dyspozycji turysty trafiającego w to miejsce jest basen, klimatyzowane namioty i daktyle wprost z drzewa (nocleg 100 US/1osobę). Rezygnujemy z nęcącej oferty i decydujemy się (o zgrozo) na nocny powrót przez pustynię. Martynę, Kazbera i jedynego przewodnika wraz z Toyotą, a dokładnie jej tylne światła próbujemy nie zgubić, co udaje nam się to przez pierwsze 15 minut. Wiedzeni intuicją, dziesiątkami śladów na piasku i nadzieją, że jedziemy dobrą drogą, napieramy do przodu.

I znowu szczęście – Są! Czekają! W duchu obiecuję sobie, że już nie odpuszczę – i daje nam się to do pierwszych 3 muld, czyli ok. 700 m przejechanej drogi. Wszyscy zaliczamy 3 razy potylicą dach w Nissanie. To nam uzmysławia jeszcze raz różnicę między Toyotą i Nissanem – ograniczamy prędkość i skupiamy się na tym, żeby utrzymać auto więcej bardziej na ziemi niż w powietrzu.

Kochanemu Kazberowi udało się w końcu zatrzymać Martynę za następne pół godziny. Jesteśmy już prawie w połowie drogi. Rosną szanse na to, że nie spędzimy w Nissanie nocy na pustyni. Wykopujemy się 2 razy i udaje nam się osiągnąć w końcowym etapie drogi prędkość przekraczającą 110 km/h. To dla Nissana i dla tej drogi przynajmniej o 40 km za dużo. Przeżyliśmy.

Pobudka rano i okazuje się, że mój organizm nie jest odporny na tunezyjską wodę i to, co w niej żyje (tak już będzie do końca wyprawy i jeszcze przez 2 tygodnie w Polsce). W mniejszym lub większym stopniu spotyka nas to wszystkich.

Bawimy się i uczymy się piasku jeszcze przez następny dzień. Wracamy do Tunisu – ja i Kazber plus Toyota przeprawiamy się promem przez Może Śródziemne (24 h), a reszta szczęściarzy korzysta z dobrodziejstw wynalazku, jakim jest samolot. Rejs to osobna historia, ale dopłynęliśmy, mimo moim obawom szczura lądowego.

Francja wita nas temperaturą ok. + 10C. Wpinamy się Toyotą w asfalt – kierunek Paryż. Jesteśmy tam grubo po północy. Temperatura spada do – 20C (informacja o tyle istotna, że auta startujące w rajdach pustynnych z reguły nie posiadają ogrzewania). Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak zmarzł w samochodzie.

Na lotnisku bezowocnie próbujemy pozostawić nasze bagaże, gdyż auto musi zostać oddane w Le Manse. Jest druga w nocy, z imitacją mapy Paryża (jaką udało nam się wyrwać na autostradzie) wspólnie decydujemy się pokonać Paryż przez centrum. Ekstremalny pomysł, nie mniej jednak udaje się. Z Le Manse wracamy z prędkością 200 km/h TGV z powrotem do Paryża i stamtąd LOT-em do Polski.

Pozostał piasek w butach i wspaniałe wspomnienia uwiecznione za pomocą aparatu i kamery.

Żółty

Moje inspiracje – Czesław Śpiewa

10 listopada 2011

Czesław Śpiewa

Czesław Śpiewa, to nazwa grupy założonej przez Czesława Mozila – „duńskiego Polaka”. Grupa zadebiutowała w 2008 roku albumem Debiut, a już po 6 tygodniach od daty premiery uzyskali status złotej płyty. Teksty piosenek napisali wraz z Czesławem i Michałem Zabłockim internauci. Nowy album Czesław Śpiewa zatytułowany POP miał swoją premierę 12 kwietnia.

Debiutancki album Czesława był wyjątkowym zjawiskiem w polskiej muzyce. Jego dźwięki czarowały słuchaczy, a słowa wprawiały wyobraźnię w ruch. Muzyki nie da się przypisać jednemu gatunkowi muzycznemu, ta eklektyczność sprawia, że zastanawiamy się czym zaskoczy nas nowy album Czesław Śpiewa. Jak dowiadujemy się notatki prasowej, POP „to teatr współczesnej Polski, którym sztuka i kicz występują na jednej scenie. Piosenki opowiadają o Polsce, klasie średniej zachłyśniętej zmianami, muzycznym szufladkowaniu, znikającej miłości i nadziei” – zdania te brzmią dość tajemniczo dopóki nie przesłucha się płyty POP.

Karolina

Z archiwum – przypominanie

2 listopada 2011

Patrząc w lustro (Boże ,jak ja nie lubię tych luster) widzę kobietę trochę nadużytą przez życie,zmęczoną.Wszystko na mej twarzy woła o chirurga estetycznego i przypomina plażę jesienią.Ciemne oczy ,jak morze gotowe w każdej chwili zalać się łzami,grube policzki ulegające prawom grawitacji,małe usta,żółte zęby ,trochę od papierochów ,trochę od uwarunkowań genetycznych.O! mam duże uszy ,tak ,nie podobają mi się.A włosy?kręciły mi się fajnie a po urodzeniu córki zaczęły mizernieć, może na znak protestu przeciw macierzyństwu, rodzajowi nachalnej eksploatacji tego co nazywamy kobiecością.-Tak to widziałam około roku temu.
Dzisiaj widzę inaczej.Patrząc na cokolwiek ,można to spostrzegać w wielu różnych ”panoramach”,ujęciach.Ma się tak naprawdę ten obraz w sobie,nosi się w myślach,wyobraża ,kreując.Prawda rzeczywista nijak ma się do siebie.Są stereotypy postrzegania,czasem narzucone nauczaniem ,przykładem rodzinnym , szkolnym.Patrzmy na ideały piękna w Baroku.
Dzisiaj nie do przyjęcia.Co tak naprawdę jest piękne,brzydkie? nic.
Widzę w lustrze siebie,tym razem opisałabym inaczej.Tylko po co.Znów grzebię w szafie,przerzucając ciuchy,pytam się siebie,po co dałam się uwieść pośpiechowi zakupów,po co mi ta bluzka,w tym mi nie do twarzy,to chętnie bym komuś oddała,tyle rzeczy zbywalnych,których nie lubię,których nie chce nosić.Mam swój styl.Żaden inny.Najlepiej czerń z czerwienią.Kocham czerń.Czarny kolor jest mój.Chroniczna żałoba.I tak ma być.Chociaż wiem,że nie jest.Nawet ,gdy śmieję się do rozpuku,czarny jest ze mną,na mnie ,w torebce,coś czarnego .Znów stereotypy.
Niezadowolenie z czego? Tak trudno podnieść się rano zwlec to ścierwo z wyra,spojrzeć na ten głupio-mądry pysk,zacząć się myć.Depresja? nie.Znużenie powtarzalnością,pragnienie nicnierobienia,nie obcowania z życiem ,by żyć wolnością,bez wymyślonych przez ludzi bzdur.
I ten facet plątający się po domu.Stękający element pejzażu koniecznego.Przeszkadza mu jego wzrastające niedołęstwo,rodzi się neurastenia,a może dawno jest.Patrzy na moje ciało obojętnie.Nie dotyka jak dawniej ,trzeba pisać podanie o uśmiech,zgaga raz akceptuje,innym razem odrzuca.Wytrysk ma kiepski,wzajemne obcowanie zużytego libido przypomina jazdę Trabantem na wyścigach Ferrarri (chyba źle napisane).
A tam.Wciąż powinnam (jakie to obsesyjnie -kompulsywne to powinnam ,jak w nerwicy natręctw ) być zadowolona,szybka,zwinna,szczupła,zadaniowa,optymistka tryskająca humorem.A mnie mój obieg przemiany materii zatrzymuje na sedesie.Więc myślę -cogito ergo sum. Oglądam papier toaletowy ,wydymam pośladki i szykuję się do kupna piekielnej Activii.
Potem piję kawę ,ale element zakłóca porządek.Faceci w procesie starzenia się są tacy marudni.Słyszę pytania,mam być skarbnicą wiedzy,słyszę przesuwane szuflady,gdzie jest śrubokręt ,gdzie jest…on ma sklerozę czy ja,do cholery.Nic mu nie pasuje,wystaje,skraca się,nie pasuje.
Trzeba przetrwać dzień.

Anka Korona